Fusiaste opowieści

Everyday Story...

Are you lost in the world like me?

Po wycieczce szkolnej mam łeb jak sklep. Z czystą przyjemnością zakopuję się pod ciepłym kocykiem ze świadomością, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Ani jednego fantastycznego filmiku ani selfie z każdym napotkanym drzewem, posągiem czy prawdziwą kozą. 

titanicnow.jpg

Chyba jestem już po prostu STARA... Zamiast robić zdjęcia, wolę gapić się przed siebie i rejestrować rzeczywistość zmysłami. Choćby ta rzeczywistość to była świeżo zrobiona kupa konia, który ciągnie wóz na którym jadę. Zapamiętuję kwiatki po drodze, dostrzegam młode liście, słucham jak beczą kozy w zagrodzie. Obserwuję pawia, który przyzwyczajony do publiczności co rusz już to strzela fochami (że niby taki celebryta), a potem widząc że wszyscy i tak patrzą na niego zawieszeni na siatce i błagalnie czekają - rozkłada niby z niechęcią swój przepiękny ogon. Próbuję miodów z piernikami nie robiąc im ani jednej fotki...

Dzieci wokoło mają telefony, tablety i wszelkie rupiecie, które wyślizgują się im z plecaków i kieszeni. Zamiast słuchać co mówi przewodnik - fotografują WSZYSTKO. Nie wiedzą co się dzieje obok. 

Ogarnia mnie smutek. I jakieś tam przerażenie, że jednak to prawda, nadchodzi pokolenie ludzi zagapionych w telefony którzy nie widzą otaczającego ich świata własnymi oczami...

 

 

Jedynie moja Lulka uśmiecha japę od ucha do ucha, zachwycona przejażdżką wozem. Taka sama wariatka jak ja, zakopana w ciepłym kapturze, zapamiętuje bzdurki dookoła. Kiedyś może nawet komuś opowie o tych miodach, kozach, pawiu i wycieczce.

 

O całym tym świecie który czeka by nim oddychać, by go podziwiać, zauważać i w nim po prostu żyć.