Po weekendzie postanowiłam napisać o ważnej rzeczy.
O OBGRYZIONYCH stopach. Nie przez żadnego małego rozbestwionego szczeniaka, tylko przez przepiękne buty*. Przez buty ukochane, nowe czy gumowe. Jakiekolwiek.
*Pisząc BUTY mam na mysli wszelkie obuwie sportowe, wszelkiego rodzaju szpilki, koturny, klapki i pantofle. Buty wysokie, niskie, płaskie, do kostki, bez palców, po prostu każde.
Pomijam zmasakrowane stopy z powodu butów zbyt małych, za ciasnych i niedopasowanych. Bo to czysty sadyzm, którego nie preferuję. Mam raczej na myśli takie zwykłe obgryzienie, które zdarza się za każdym razem przy:
1. zmianie sezonu letniego na zimowy i na odwrót
2. pierwszej wizycie w nowych butach
3. kolejnej wizycie w butach ładnych, na pierwsze wrażenie - wygodnych, a po prostu upartych i za kazdym razem żrących...
Chyba u nas to rodzinne. Nieważne czy buty będą silikonowe, z czystej bawełny czy wyściełane atłasem. Obgryźć muszą zawsze. Szczególnie jeśli są to pierwsze wiosenne szpilki lub cos innego równie pięknego. W piątek kolejne nowe cudo zeżarło M. podczas naszego małego wieczornego wypadu na miasto, do tego stopnia, że bidulka musiała 700 metrów jechac do domu taksówką. A teraz przez najbliższy tydzień pewnie będzie musiała chodzic w jakims miękkim samodopasowującym się do stopy pantoflu coby jej skóra nie zlazła do kości...
Łączę się w bólu. Z każdą ofiarą obgryzająych bez powodu butów.
3majcie się.

Dziś znowu jestem cacy. Zwariować można. W poniedziałek z pewnością okaże się, że coś jednak przeoczyłam, a we wtorek że mimo wszystko jestem doskonała. Masakraaaa...
Dobrze, że dziś piątek. Będzie można wyjść się przewietrzyc wieczorem, ewentualnie posłuchac odgłosów wesołego miasteczka i piszczących dzieci. Ewentualnie jeszcze ptaków nad ranem... Ewentualnie miłego sssssssssssyk otwieranego zimnego piwa...
Wariactwo całego tygodnia właśnie ze mnie wychodzi. W postaci pomalowanych na czerwono paznokci i hurtowej ilości energy drinków w lodówce. W postaci ilości sklepów które chcę odwiedzić i rzeczy które chcę jutro załatwić.
Weekend hura hura..
Już nie jestem łebska.
O nieeee.
Teraz jestem, można by to ująć delikatnie, do dupy. Tak w sumie to można by również rzec, że to nie moja wina, że się pewne tematy kupy nie trzymają, ale co tam - na kogoś trzeba było wylać dzisiaj wiadro lodowatej wody.
Smoczyca to diabelski twór. Mogłabym tu wylać swoje żale i całą dzisiejszą wściekłość za to, co usłyszałam. Domyslałam się, że jej okres dobroci i euforia pod moim adresem są nieszczere i chwilowe, ale to co dziś usłyszałam było PRZEGIĘCIEM.
Mam ochotę wbić w nią szpilkę. Albo lepiej lotkę - całe 12 czy 24 sztuki lotek o ostrych końcach - w ten jej pusty, poświrowany i nienormalny łeb. Potem najchętniej ten wsrętny łeb bym odcięła, z czystej litości. Jak jakiś dzielny Herkules czy inny bohater ucinający triumfalnie łeb harpii...
Jednak moim mieczem jest odbezpieczony browar... Szpilką parę soczystych epitetów, które sprzedałam dziś w przestrzeń. I tak naprawdę - jestem zbyt mała by z nią próbować walczyć. Jedyne co to odezwałam się zamiast wszystko 'przyjąć na klatę' jak bezmózgie cielę.
Olać to... Mam dzis dość.
Czasem miewam bezsenną noc.
Nierzadko jest to bezpośrednia wina pana Księżyca, zwłaszcza jak jest - cholera - okrągły i pomimo zamkniętych na grobowo rolet, przeswieca szczelinami i mnie drażni. Kręcę się wtedy jak na rożnie i miewam durnowate sny. Mało tego, przez sen wtedy gadam, łażę po mieszkaniu, straszę ludzi i budzą się we mnie mordercze instynkty (np. do uciszania chrapiących poduszką...).
Czasem bezsenna noc dopada mnie ot tak po prostu; koło godziny 23.30 się budzę i tak co chwilę zerkam na zegarek, za moment jest już północ, potem 00:15... 00.44... 01:12... 02:00... Gapię się w sufit i wyobrażam sobie całe mnóstwo rzeczy i historii, i tym bardziej nie mogę zasnąć...
Do tego, około godziny czwartej nad ranem odzywają się ptaki. Nie wiem czy tylko u mnie tak jest, czy wszędzie, bo ptakoznawcą nie jestem. Moze jest to ich naturalna godzina ćwiczebna, a ja robię z tego wielkie halo. Jeśli tak, to SORRY PTAKI za moją ignorancję.
Ptaki zaczynają świergolić. Jest ciemno, super cicho, więc między blokami akustyka jest jak w teatrze. Moga sobie ćwiczyc do woli. Odzywa się Ptaszek Świderek (ten co wydaje dźwięki jakby przykręcał jakieś śrubki), oraz wszelkie Kokoszki, Pićki i inne Tiutiałki, co nie dają człowiekowi spać. Ćwierkają i ćwierkają, normalnie jakby jakąś próbę generalną robiły i stroiły instrumenty. Aż się nieraz zastanawiam gdzie te wszystkie ptaki są w ciągu dnia, bo to chyba niemozliwe żeby aż tyle ich tam siedziało za oknem w centrum miasta, kiedy w dzień wcale ich nie słychać. A moze po prostu wszystkie tam mają akurat za moim oknem tajną miejscówę i o czwartej rano się stroją i ćwierkają swój poranny koncert?...
Jakkolwiek by to nie wyglądało jest to dla mnie niezgłębiona zagadka natury.
(Chociaż przyznam się szczerze, że wolę już to ptasie radio z samego rana, niż dyskusje nie-za-bystrych małolatów pijących piwo, schowanych gdzieś w trawie dla lepszego kamuflażu, których piskające i mutujące głosy niesie po całym osiedlu...)
Ech, sama natura.

Czasem gdy za bardzo odlecę w kosmos w relaksowaniu się na łonie natury, zbiera się mi na 'wspominki'. Wystarczy jakiś zapach zaplątany w apaszkę, który coć mi przypomni, czy widok kwiatów na drzewach i już jestem hen daleko...
Dziś spacerując sobie z Myszą wśród zakwieconych alejek z cudnymi drzewkami z których sypały się płatki, wspomniałam sobie jak jeszcze nie tak dawno, na wiosnę, śmigałam sobie takimi alejkami wraz z wózeczkiem, robiąc długie kilometry na spacerkach z dzidziusiem. Cel miałam szczytny - przewietrzyć dziecko, jak również zrzucic moje ponadprogramowe 20kg (pozostałość po okresie beztroskiego okrągłego brzuszka). Kilogramy w skutek spacerków zniknęły ekspresowo (w sumie to w 2 miesiące...), a dzidzius zyskał super odporność i ma się świetnie. Dzis mój 'dzidziuś' to już mała panieneczka, komentujaca 'o, idzie pani' i pokazująca małym paluchem 'o, pesek'. Spacerki nadal lubimy, szczególnie wizyty w piekarni i w delikatesach Centrum...
Spacerując delektowałam się wiejącym wiatrem. Wspomniały się mi długaśne spacery z innym małym dzidziusiem, dawno temu, na pewnej wyspie, na której zawsze wiało, świeciło słońce, pachniały róże i ryby znad morza, a po ulicach kicały zające i maszerowały beztrosko bażanty... Ludzie byli dla siebie mili i serdeczni pozdrawiając się 'Moin, moin', i delektowali się wielgachnymi lodami, z którymi pod żadnym pozorem nie można było wyjść na plaże, gdyż rzucały się na nie krwiożercze mewy w czerwonych rajtuzach... Istna sielanka. Człowiek spędzał dzień na piciu kawy w nadmorskich kawiarenkach, niekończących się spacerach po plaży z wózeczkiem oraz wieczorami na spławianiu natrętnych dziadków w swetrach w romby. Wracało się do 'domu' nad ranem, po to by o 6.15 zostac obudzonym przez Maleństwo i zmuszonym do kolejnych niekończących się spacerów po kamiennych uliczkach wśród wydm i skrzeczacych mew...
Odjechana w kosmos (po moich jakże relaksujacych wspomnieniach) w delikatesach Centrum znowu spotkałam mojego 'tajemniczego wielbiciela'. Tego co to niby mnie zna tylko nie wie skąd. Coraz częściej go widuję, zawsze przypadkiem, zawsze rumienię się jak małolata, co do mnie NIEPODOBNE. Zawsze elegancko go spławiam, jak równiez ZAWSZE jestem grzeczna i dyplomatyczna. Chyba wkrótce na nowo otworzę swój 'fanklub'
...
Cos się chmurzy na zewnątrz. To nic. Nastrój mam naprawdę 'długo-weekendowy'.
I zaraz sobie zrobię kolejną długo-weekendową mega kawę...
Chillin...
Zaglądający do fusiastego grajdołka: 24 296 (wersja testowa)
...WIDZĘ...
...CZUJĘ...
...JESTEM...
...ŚMIEJĘ SIĘ...
...CZASEM POPŁAKUJĘ...
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: